Nocna katastrofa w bloku na Pradze. Mieszkańcy mówią: dość!

W nocy 15 stycznia, w bloku przy ul. Bora-Komorowskiego 10 doszło do zalania wielu mieszkań. Skala zniszczeń jest ogromna, rozpacz mieszkańców sięgnęła zenitu (filmiki z tego zdarzenia znajdziecie na FB Moja WAWA). Tu nie doszło do awarii z powodu śniegu czy mrozu. Nie mówimy też o nieszczęśliwym splocie zdarzeń. To efekt wieloletnich zaniedbań i lekceważenia podstawowych zasad bezpieczeństwa, co opisuje syn jednej z mieszkanek prosząc o kontakt wszystkich, którzy widzą potrzebę zmian w działaniach SM „Gocław-Lotnisko”

„Piszę poruszony bezsilnością starszych ludzi, wściekły na arogancję Zarządu Spółdzielni, w szczególności jej prezesa oraz przerażony biernością służb, które z definicji mają chronić obywateli przed zagrożeniem.

Dziś w nocy, około godz. 2:00, zadzwoniła do mnie moja matka – zapłakana. Z sufitu strumieniami lała się woda we wszystkich pomieszczeniach.

Po przyjeździe zobaczyłem skalę katastrofy – nie tylko u niej, ale w całej klatce. W drzwiach stali starsi, schorowani ludzie, próbujący bezradnie wylewać hektolitry wody ze swoich mieszkań.

Woda płynęła po ścianach klatki schodowej, po schodach, szybem windowym, po skrzynkach pionu elektrycznego.

Na poręczach były przebicia prądu, ze skrzynek elektrycznych było słychać wyładowania.

Mieszkańcy walczyli z żywiołem. Przegrywali.

Wielokrotne próby wezwania pomocy pod numerem 112 zakończyły się odmową. Powód? „Brak bezpośredniego zagrożenia życia”.

Straż Pożarna i Policja odmawiały przyjazdu, mimo że:

• woda lała się po instalacjach elektrycznych,

• istniało realne zagrożenie porażeniem prądem i pożarem,

• wszyscy wiedzieli, z którego lokalu pochodzi zalanie.

Po około godzinie przyjechały wodociągi i zakręciły pion. Woda nadal spływała.

Pojechałem osobiście na komisariat przy ul. Umińskiego. Reakcję dyżurnego pozostawiam bez komentarza.

Dyżurny z Grenadierów odmówił wysłania patrolu nawet w celu oceny zagrożenia.

Dopiero po ponownej, desperackiej interwencji przez 112 przyjechała Policja i Straż.

Stwierdzili, że:

• nie ma podstaw do wejścia do lokalu,

• nie ma zagrożenia życia.

Odjechali.

Zostawili ludzi bez ogrzewania i z częściowo wyłączonym prądem.

Nagrania z rozmów ze służbami udostępnię.

Wszyscy znamy przyczynę

Przyczyną tej i wcześniejszych katastrof jest konkretny lokal i konkretna osoba –

człowiek cierpiący na syndrom zbieractwa (zespół Diogenesa).

Jego „mieszkanie”:

• to sterta odpadów sięgająca 1,5 metra wysokości,

• smród, robactwo, gnijące resztki,

• latem fetor padliny uniemożliwiający otwieranie okien.

Śmietniki są czystsze.

Podkreślam jasno:

👉 to osoba chora, wymagająca systemowej pomocy.

👉 nie piętnuję jej.

👉 Współczuję jej – ale jeszcze bardziej współczuję ofiarom tej choroby, czyli mieszkańcom.

Ten człowiek:

• od lat mieszka w wrakach samochodów parkujących wzdłuż Bora-Komorowskiego,

• tam śpi, je, tam się wypróżnia,

• do mieszkania przychodzi nocą, by składować kolejne „znaleziska”.

Wieloletnie zaniedbania Spółdzielni

W tym lokalu nigdy:

• nie przeprowadzono kontroli instalacji gazowej,

• wentylacyjnej,

• elektrycznej.

To tykająca bomba sanitarna, pożarowa i gazowa.

Mieszkańcy od lat:

• piszą pisma do Zarządu,

• zgłaszają sprawę administratorom,

• wzywają Sanepid.

Bez efektu.

Sanepid „nie zastaje właściciela”.

Spółdzielnia „rozłożyła ręce”.

Poranek po katastrofie i spotkanie z Prezesem

Około godz. 10:00 administratorka weszła do lokalu z hydraulikami.

Przyczyną była instalacja CO. Właściciel odebrał telefon, zakręcono wodę, po czym zamknął mieszkanie i wyszedł.

Tego samego dnia udałem się do Spółdzielni, by natychmiast porozmawiać z Prezesem –

bo zalane mieszkanie pełne gnijących odpadów to realne zagrożenie epidemiologiczne.

Nie byłem umówiony – usłyszałem, że Prezes przyjmuje w poniedziałki.

Gdy wyjaśniłem skalę zagrożenia, wskazano mi „starszego pana” w sekretariacie – był nim Janusz Sienkiewicz.

Reakcja Prezesa?

• cyniczny uśmiech,

• określenia: „impertynent”, „intruz”,

• odmowa rozmowy,

• demonstracyjne zamknięcie się w gabinecie.

Na sugestię, że powinien zostać odwołany – uśmiechnął się i stwierdził, że „to groźba” i „nie pierwszy raz”.

Ten człowiek:

• nie ma empatii,

• nie ma elementarnych kompetencji przywódczych,

• zachowuje się jak właściciel prywatnego folwarku.

Jest Prezesem od ponad 20 lat.

Czas powiedzieć: dość

Wiem, że wielu z Was poruszyła ta historia.

Wiem, że wielu z Was było traktowanych podobnie.

Dlatego mówię wprost:

razem, zgodnie z prawem, możemy to zmienić.

Informuję, że wraz z reprezentującymi mnie prawnikami rozpoczynam działania zmierzające do:

• zwołania Walnego Zgromadzenia,

• rozliczenia Zarządu z wieloletnich zaniedbań, samowoli i łamania prawa.

Proszę wszystkich, którzy: chcą się przyłączyć, mają swoje historie związane z Zarządem SM Gocław-Lotnisko, o kontakt.

To nie jest prywatna wojna. To jest walka o bezpieczeństwo naszych rodziców i godność mieszkańców.”

Poprosiliśmy o komentarz Spółdzielnię, jak tylko go otrzymamy, przedstawimy stanowisko. Mamy nadzieję, że sprawą zainteresuje się i pomoże mieszkańcom Urząd Dzielnicy Praga-Południe m.st. Warsz

Dodaj komentarz